Chociaż spróbuj! Fejsbukowe rozważania #2

by - 13 czerwca

Dzisiaj wzięło mnie na mocne przemyślenia przed, w trakcie i po dzisiejszym treningu biegowym. Trochę się rozpisałam, a tak jak zapowiedziałam, ciekawsze wpisy z Fejsbuka będę sobie tu wrzucać. A co! Jak ktoś ominął #1 fejsbukowe rozważania o czasie to wystarczy kliknąć w ten różowy róż:-)

Zapraszam do dzisiejszego wpisu:-) 



Dobry wieczór. A tak mnie wzięło, że Wam coś opowiem. Czuję, że nawet powinnam bo to moje podwórko i mój motywacyjny blog. Hehe. A dzisiaj przeszłam samą siebie, pozwólcie że opiszę to godzinowo, będzie śmiesznie :-)

05:40 - dzwoni alarm pierwsza myśl "k4%$%^ to już?!" Drzemka mode on

05:50 - no dobra, wstaję... dzisiaj będzie fajny dzień - wmawiam sobie od pierwszych przebłysków świadomości :) 

05:52 - wychodzę z sypialni nawet Bandziuś jeszcze chrapie, myślę, boże ale mu dobrze.... 

05:52 - 06:05 - woda z cytryną, dresy, szybki przegląd w lustrze i decyzja: mogę pokazać się ewentualnym ludziom. Bandziuś już czeka na spacer. 

06:05 - spacer. Jedna kupa, druga kupa pewnie, po co tylko raz się schylać? Bandziuś myśli, że Pancia to na jego Psie Pakiety pracuje od poniedziałku do piątku. W między czasie rozkminiam swój dzień i przypominam sobie, że dzisiaj środa czyli trening biegowy. Oł jeeeee. Jaram się jak głupia bo cały tydzień czekałam. 

06:05 - 7:40 - nie ma co się rozpisywać. Śniadanko, joga, śniadanko dla Jakuba (wyjątkowo bo miał dzisiaj ważny dzień ) i długa na rower. 

08:00 - 16:00 - praca. Mam pierwsze przebłyski jakby się tu wymigać z biegania, że jednak to chyba mi się nie chce. A może będzie padać? No nic, zobaczymy. 

16:15 - załatwiam sprawy

16:30 - a może szybkie ploteczki z Madzią po drodze? Może spóźnię się na ten trening albo daj boże się rozpada

17:00 - wpadam do domu, spacer z Bandziusiem i te myśli: pierogi czy banan? Po pierogach jest szansa, że no.... naturalnie za późno zjadłam nie mogę biegać:-) po bananie powinnam dostać trochę energii. Dobra, niech będzie. Banan. Może jeszcze się rozpada. No i ofkors dwa wucepsy poszły. Dzięki Bandziuś

17:45 - nie pada? Echhh dobra idę. 

18:00 - Widzę tych wszystkich uśmiechniętych ludzi i myślę sobie: Ok, zrobię swoje i jakoś to będzie. Przecież mogę mieć gorszy dzień? Mogę. 

18:50 - nadal nie pada :P po rozgrzewce słyszę, że dzisiaj robimy 500 m na pełnej mocy i 500 m trucht (powtarzamy dwa razy) a potem robimy 1 km (!!!!!!!) na przynajmniej 85-90% mocy a potem 500 m trucht (powtórzyć 3 razy) i na koniec 2 razy po 500 m + trucht. Pomyślałam, że mogłam zjeść te cholerne pierogi i zostać w domu. 

18:50 - 20:00 Truchtam do magicznej kropki która ma sygnalizować, że trzeba ruszyć dupę. Cały trucht do tego jaskrawego punktu biję się z myślami: rozpędzać się czy nie? Po co mi to w ogóle? Przecież mogę sobie tak o potruchtać po parku. Stwierdziłam w trakcie, że nie po to tu przychodzę, żeby sobie truchtać. SPRÓBUJĘ. Chociaż SPRÓBUJĘ. No dobra, lecę pierwsze 500m. Jest moc. Wow. Super daję radę. Zrobiłam co miałam zrobić i znów się blokuję: ku$%#$ teraz ten kilomter szybkim tempem? Chyba zwariowali! Nie ma szans. I truchtam do tej kropki z której czeka mnie wydłużone okrążenie i myślę: chociaż SPRÓBUJĘ. I poleciałam! Zrobiłam pełne okrążenie na 1 km na moich najwyższych możliwościach. Kiedy przeszłam na trucht nie wierzyłam, że to zrobiłam!!! Truchtam i myślę, no to może raz wystarczy, pewnie nie uda mi się kolejny raz. STOP STOP STOP. Że co? Ofkors, że UDA MI SIĘ! Poleciałam kolejny kilometr na maksymalnych (swoich) obrotach i poczułam niesamowitą radość.Stwierdziłam, że jak już jestem za połową to nie ma szans, muszę zaliczyć pełny trening! Po raz kolejny dobiegłam do końca i choć trzecie okrążenie poszło mi dużo słabiej to ZROBIŁAM TO! Postanowiłam, że spróbuję i dam z siebie tyle ile mogę. I choć każdy biegał szybciej to ja wiedziałam, że dałam z siebie MAX swoich możliwości. Ok, na koniec miały być jeszcze 2 x po 500 m ale ja po prostu czułam, że kolano mi doskwiera więc dam sobie spokój, a poza tym na prawdę byłam już cholernie usatysfakcjonowana. Przetruchtałam jeszcze w zamian półtora okrążenia i dołączyłam do tych samych uśmiechniętych ludzi, żeby się porozciągać:)

Niesamowite uczucie. Wracając do domu byłam cholernie szczęśliwa, że się nie rozpadało, że zdążyłam, że nie zjadłam tych cholernych pierogów i że się nie poddałam.

Jest 21:00 a ja siedzę pachnąca, popijam szejka po treningowego i cieszę się, że wykręciłam dzisiaj 15 km! (proszę nie sugerować się czasem na zdjęciu, nie wyłączyłam czasomierza podczas rozgrzewki...to ma znaczenie) Lalalalalalalalaalalal. Ja! Udało mi się!

Dobrego wieczoru :)


You May Also Like

0 komentarze